sobota, 19 listopada 2016

Danse Macabre - 4 - Pierwszy trop


Błysk niebiesko-czerwonych świateł, rzucał poświatę na pobliskie budynki. Dzisiejsza noc była wyjątkowo czysta, bez skazy w postaci chmur. Mnóstwo białych punkcików świeciło na nieboskłonie, mrugając, lub znikając po kilku minutach. Rozmywały się w nicości, wypalały, już nigdy nie mogąc zapłonąć po raz kolejny. Ich rola przeminęła, jednak mają szansę nauczyć inne pokolenia, co to znaczy błyszczeć jak prawdziwa gwiazda.
   Detektyw Soo zaparkował na początku ulicy Gazowej, nie widząc żadnego objazdu na stojące niedaleko samochody policyjne. Było ich tam na tyle dużo, że nie ryzykował porysowania nowego lakieru, na siłę przeciskając się między niewielkimi odstępami. Przeszedł więc dzielący go kawałek do miejsca zbrodni, rozmyślając, czy Samuel będzie mu miał za złe tak nagłe wyjście. Zegarki jasno wskazywały za dwadzieścia pierwszą. Kładąc się spać ze swoim partnerem nie sądził, że po dwóch godzinach rozdzwoni się jego telefon. A już na pewno nie spodziewał się kolejnej ofiary. Miał szczerą nadzieję, że Samuel okaże się na tyle rozumnym facetem, by nie mieć za złe jego pracy. Która, mimo wszystko, nie należała do najlżejszych i wymagała poświęceń. Zwłaszcza w jej rozwoju i drodze do awansu.
- Jesteś już - odetchnęła z ulgą partnerka Koreańczyka, wychodząc ze swojego samochodu. Na pierwszy rzut oka łatwo dało się wywnioskować, że coś wyparło na niej głębokie wrażenie, a zarazem lęk.
- Tak, jestem. Możesz mi powiedzieć, co się stało? Bo widzisz... Tak jakby zostałem obudzony. W środku nocy. Znowu - podkreślił dobitnie mężczyzna, uśmiechając się lekko. Zgarnął Dominikę w ramiona, przytulając delikatnie. Polka potrzebowała rozluźnienia, chociaż nie okazywała tego w jawny sposób. Nie lubiła dzielić się z innymi ludźmi informacją o zgryzocie, czy lęku jaki ją w skrajnych sytuacjach nachodzi. A wtedy... z pomocą przychodził Soo. I jakkolwiek by sobie nie dokuczali... Kochali się całym sercem, a jedno z drugim mogło sobie bezgranicznie ufać.
- Morderca włamał się do mojego mieszkania i... Zostawił karteczkę z cyfrą osiem. Nie wiem co to może oznaczać, ale... Przestraszyłam się tego całego... Burdelu - zrobiła nieokreślony ruch ręką i odgarnęła włosy do tyłu.- Tak po prostu wlazł do mojego domu. Jawnie mnie wyśmiał, pukając jeszcze do drzwi łazienki - wyszeptała, siadając na masce samochodu detektywa Jaworskiego. Koreańczyk pokiwał głową i zwrócił oczy na otwarte drzwi od klubu "Hot or Not". Właściciel przybytku, Krzysztof Miętus, nie żyje. Jednak, skoro morderca zabił mężczyznę... To ten musiał coś ukrywać. A Policja prędzej czy później dowiedziała by się o informacji, więc Miętus... Musiał zostać zlikwidowany. Klasyczna zagrywka.
- Widzę, że już jesteś. Dobrze cie widzieć w tę piękną, gwieździstą noc - ton głosu Jaworskiego wskazywał na znaczne poirytowanie, niżeli faktyczną radość. Nie trudno mu się dziwić.
- Nie żartuj. Co mają? - wsadził dłonie do kieszeni, przyglądając się swojemu przełożonemu. Zaczerwienione oczy oraz widoczne sińce pod oczami wskazywały na nieprzespaną noc. To wyjaśnia szybkie dotarcie na miejsce zbrodni.
- Na dzień dzisiejszy? Nic. Morderca sobie z nas kpi. Najpierw zabił Miętusa, a później włamał się do domu Dominiki. Wszystko sobie skrupulatnie zaplanował i powiedziałbym, że go podziwiam... Ale tak nie jest. Wybrał złą stronę barykady, a ja go schwytam. Choćbym miał to zrobić nawet za kilka lat - warknął detektyw, rozglądając się wokół. Koreańczyk przeniósł wzrok na partnerkę, która westchnęła, rozmasowując palcem wskazującym i kciukiem miejsce zatok.
- On coś odlicza. Najpierw kartka przy Skałce, później na twoim samochodzie, teraz u mnie. Każda ponumerowana w kolejności - mówiła z przejęciem, po kolei chowając kolejne palce.- Zostało sześć numerów do zakończenia. A to może oznaczać...
- Coś wiekopomnego - dokończył Alan, a Włodarczyk przytaknęła skinieniem głowy. Jak na początku wyglądała na roztrzęsioną, teraz okazała się zdeterminowana. Najwidoczniej sprawca tych wszystkich przekrętów zaszedł jej za skórę bardziej, niż niektórzy by założyli. W rzeczywistości jednak Polka nie lubiła, jak naruszano jej przestrzeń osobistą. A osoba winna morderstw, przekroczyła barierę. I to bardzo grubą i wysoką barierę.
- A naszym zadaniem jest się dowiedzieć tego przed skończeniem odliczania - Soo pokiwał z uznaniem, skrycie gratulując sprytu przestępcy. Nie na co dzień ma się styczność z kimś tak obsesyjnie inteligentnym, a zarazem niebezpiecznym. Cała ta sieć była tkana cienkimi nićmi, ale niemożliwymi do rozerwania. Jak znaleźć kogoś, kto jest absolutnie niewidzialny?
- Właśnie. Za tydzień dostaniemy wyniki sekcji zwłok, a jutro jadę ze śledczymi przeszukać mieszkanie Miętusa. Ten facet był ważnym elementem układanki. Nie bez powodu morderca wybrał na ofiarę Skałkę. Musimy porozmawiać z Laurą Burek. Nie wykluczam, że ona będzie następnym celem. Od dzisiejszego dnia zaczynamy poszukiwania.
- Pojadę już teraz do biurowca. Nie wrócę do domu, bo tam trwa śledztwo. Poza tym... Nie zasnę. To nie na moje siły. Poszperam w aktach, może akurat na coś trafie - przekazała, ponownie poprawiając pasmo włosów. Spojrzała wyczekująco na Azjatę. Czekała na jego odpowiedź, dotycząca spędzenia dzisiejszej nocy. Wybór między ciepłym ciałem Samuela, a twardym krzesłem w biurowcu był aż nazbyt oczywisty. Jednak... Czuł, że Dominika nie byłaby zadowolona z jego decyzji, dlatego postanowił się poświecić. Jak zawsze zresztą. Już słyszał uszami w wyobraźni pretensje Czechowskiego na temat nocnych wycieczek i brakiem czasu. Wynagrodzi mu to w inny sposób.
- Eh... Jadę z tobą.

*~~*~~*

- Kochanie? - cichy szept tuż przy uchu oraz delikatne szturchnięcie w bok, spowodowało jego przebudzenie. Otworzył leniwie powieki i zwrócił głowę samoistnie w lewą stronę, napotykając na swojej drodze piękne, brązowe oczy i nieodłączny uśmiech, widniejący na bladych wargach. Brodę i policzki mężczyzny, okalał trzydniowy zarost, który ewidentnie postarzał o cztery, pięć lat. Co nie oznacza, że urok zbladł. Ilekroć go widział, uświadamiał sobie swoje szczęście, jakie postanawiało mu ofiarować życie. 
- Mmm, tak? - zamruczał, przekręcając się w stronę partnera. Objął Maksa w pasie ramieniem i wtulił głowę w zagłębienie szyi, wdychając unikalny zapach. Ostatnio rzadko miał czas by chociażby przytulić ukochanego, nie wspominając o całowaniu. Seks był praktycznie niemożliwy od rozpoczęcia nowej sprawy przez Alana. Brakowało mu czułości i zwyczajnej rozmowy na temat zapłaty za czynsz. Cały czas poświęcał pracy, skupiając się na sprawie, a ignorował potrzebę partnerstwa. 
- Dochodzi dziewiąta. Nie powinieneś wyjść do pracy? Czasami zrywałeś się o piątej, by być pierwszy w biurze - cichy śmiech Kowalskiego rozbudził przyjemne ciepło w sercu kochanka. Tak bardzo mu go brakowało. Dźwięku radości, którego nie słyszał od dobrych paru dni. Sięgnął dłonią do policzka fryzjera, przejeżdżając opuszkami po szorstkiej szczecinie. 
- Powinienem. Ale Soo z Dominiką czatują nad aktami w biurowcu. Nie muszę się śpieszyć. Mam ochotę spędzić z tobą poranek. Ostatnio ciągle się mijamy - szepnął detektyw, zabierając rękę i ułożył ją na swojej klatce piersiowej. Kowalski przytaknął, nachylając się nad partnerem z uśmiechem. Zawsze był pogodny. Nawet w trakcie kłótni, próbował łagodzić spięcie swoim uśmiechem i przekonującą gadką. Maksymilian był osobą roztrzepaną, ale wbrew wszystkiemu próbował za wszelką cenę udowodnić swoje zorganizowanie. Niezależnie w jakiej sytuacji. Czy to chodziło o klucze od domu, aktówkę Alana, czy nawet kubek kawy, który potrafił zostawić w łazience na umywalce. Za to kochał go Jaworski. Niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju, Maksymilian Kowalski.
- Jesteś słodki - stwierdził, nim swoimi ustami nie pokrył tych drugich. W ich pocałunku widoczny był ogień, przelewający frustracje i tęsknotę w jedną glinę. Tworzyli unikalną parę, przypominającą szalone małżeństwo z mnóstwem dziwnych sytuacji. Zawsze złożoną.- Kocham cię - szepnął, obejmując Alana rękoma w pasie i przewrócił się na plecy. Detektyw wygodnie usadowił się na biodrach partnera, kładąc dłonie na nagiej klatce piersiowej ukochanego.
- Słodki? A masz ochotę na małą zabawę? Pod prysznicem? Dwa w jednym - zamruczał fryzjerowi do ucha i polizał płatek. Wyraźnie wyczuł spięcie mięśni i wypuszczone ze świstem powietrze przez zęby. Drażnienie mężczyzny też podlegało jego jurysdykcji.
- Nie można zmarnować takiej okazji. Panie detektywie, chciałbym pana dzisiaj wziąć - wyraził swoje pragnienie, a Alan nie miał zamiaru go negować. Pragnął połączyć się w sposób cielesny z Maksem, czuć go przy sobie i wiedzieć, że wciąż należy do niego w całym zestawieniu.
- Więc zapraszam za mną - uśmiechnął się do ukochanego szczerze, wstając najpierw z jego bioder, a następnie z łóżka. Wyciągnął dłoń przed siebie, a Maks wpasował się w tę jego bez zastrzeżeń. Zgrany duet.

*~~*~~*

Przebywanie w biurowcu detektywistycznym z dnia na dzień, bywało dręczące. Zazwyczaj budynek nie kojarzy się najlepiej, a ludzie wchodzący do niego pierwszy raz, nie zawsze są postrzegani w poprawnym świetle. Tutaj rozwiązywane są sprawy, jakich zwykli policjanci nie są w stanie odgadnąć. Oddział Alana Jaworskiego słyną z dobrych opinii. Nie zawalili ani jednej sprawy od ośmiu lat, doprowadzając każdą do końca. Osiągnęli dziewięćdziesięciu pięciu procentową skuteczność na rynku z czego regionalne organy ścigania korzystają. Kiedyś prowadzili sprawę na rzecz Hiszpanii, otrzymując tamtejszy rozgłos. A jak postrzegają to osoby, pracujące w tym oddziale? Z pewnością praca nie jest łatwa, bo mimo wszystko w zawodzie kryminologii, potrzebna jest inteligencja i spryt, jednakże... Satysfakcjonuje. Ujęcie mordercy, który pozbawił jakiejś rodziny ważnego członka... Jest niebywale ważnym przedsięwzięciem. A duma i zachwyt z dobrze wykonanej roboty, napawa optymizmem na lepsze jutro. Trzeba liczyć się jednak z tym, że każda praca, niezależnie jaka, wymaga poświęceń. A ta jako detektyw...
- Siedzimy tu już kilka godzin, a mamy wielkie jajco, że tak ładnie się wyrażę - warknął Soo, rzucając kolejnymi aktami na blat stołu. Oparł łokcie o powierzchnie biurka, a w dłoniach ukrył twarz. Zmęczenie pożerało jego oczy i umysł, który nie potrafił już odpowiednio kojarzyć kolejnych linijek tekstu. Dominika zajęła się śledzeniem Laury Burek, a jemu przypadło szukanie informacji na temat podobnych morderstw. Żeby było ciekawiej, nie na terenie Polski, a z krajów, z którymi mają bezpośredni kontakt. Aktualnie analizował wszystkie morderstwa na terenie Korei Południowej. Nawiązali z nimi współprace dwa lata temu z inicjatywy Soo. O dziwo, nie było tych morderstw dużo, ze względu na prawo. Rząd potrafił tam działać porządnie, a bezszelestnie. Chyba to najbardziej lubił w swoim państwie.
- Masz coś? Ja jedynie namierzyłam, że Laura tydzień temu w dniu wyjazdu, była w Wałbrzychu na stacji, by zatankować. Co najlepsze, była sama. Nie z przyjaciółmi, jak powiedziała sąsiadowi. Potem nie ma żadnych zapisów - pokręciła głową, opierając się o oparcie krzesła. Spojrzała na partnera, który ten moment wykorzystał, by ziewnąć. Przetarł dłonią zaczerwienione oczy i również skierował wzrok na Dominikę.
- To zawsze coś. Skoro nie była z przyjaciółmi, to gdzie jechała? Możemy pójść tym tropem. Jednak niemożliwe jest, by wróciła tutaj, zabiła Piotra i znów odjechała. Byłaby widoczna na kamerach. Już nie wspominając o paliwie i godzinach jazdy. Ma alibi - pstryknął palcami Koreańczyk, a Włodarczyk uśmiechnęła się cwanie. Wpadła jej do głowy myśl, która mogłaby być prawdopodobna.
- Chyba, że miała wspólnika. Wyjechała, żeby nie było na nią, a ktoś stąd zabił Piotra na jej zlecenie. Nie rozmawialiśmy z nią, więc trudno nam stwierdzić, jakie relacje ich łączyły. Może się o coś w ostatnim czasie pokłócili. Albo... Zakochała się w nim, on był gejem i nie mogła go mieć. Motyw zazdrosnej kobiety - podrzuciła długopis do góry, przy akompaniamencie śmiechu Hyuna.
- Nie zakładaj od razu, że wszyscy się kochają. Była jego najlepszą przyjaciółką. Może zwierzył jej się z czegoś, co jej się nie spodobało? Aczkolwiek, motyw zbrodni może być kompletnie inny. Chciała go po prostu usunąć. Możemy ustalić, że faktycznie miała wspólnika - poparł jej pomysł starszy, odchylając głowę do tyłu. Mieli już jakiś trop. Znikoye, ale możliwe, że jakaś nitka była z tą dziewczyną połączona.
- Ona ma alibi, a przestępca, który wykonał jej zlecenie, jest dobry w tych sprawach.  Tylko... Co takiego mieliby z zabicia Miętusa?
- Nikodem zeznał, że szef Skałki wykorzystywał chłopaka. Jego zabicie nastąpiło kilka godzin po naszym przesłuchaniu. Może wiedział coś, co mogłoby obciążyć Laurę i jej wspólnika, dlatego go zlikwidowali? - kolejne założenia pięły się w górę, powodując niejaki zachwyt ze strony dwójki detektywów. Co prawda, były to tylko spekulacje bez pokrycia, jednakże... Co, jeśli faktycznie wpadli na jakiś trop?
- Istnieje taka możliwość. Musimy przedstawić naszą wersje wydarzeń Alanowi - Dominika wydawała się rozbudzona i nie wyglądała na zmęczoną, jak kilka minut wcześniej. Ta praca sprawiała jej niemałą radość, jak już kiedyś zauważył Soo.- A ty? Masz coś?
- Nic. Ale zauważyłem, że w aktach w Korei w sprawie tych trudniejszych i ciekawszych morderstw, pojawia się jedno nazwisko. Kobiety. Doprowadziła każdą sprawę do końca. Jest dobra w te klocki. To niejaka Kina Shen. Poszperałem dalej i dowiedziałem się, że to gruba ryba. Ukończyła dobrą szkołę na wydziale kryminologi. Pracowała dla samego prezydenta Japonii, rozgryzając serię brutalnych morderstw. Myślisz, że przyjechałaby tutaj, pracując dla Alana? - zapytał, składając akta w kolejności alfabetycznej. Zaraz je odniesie.
- Zwariowałeś? Poradzimy sobie. Nie potrzebujemy jakiejś laluni i nie będziemy wydawali tysięcy za jej opłatę. Puknij się w głowę - prychnęła kobieta, wstając od komputera. Poczuła nagłą ochotę na kawę, a piętro niżej jest kącik, gdzie można sobie zaparzyć czarny napój.
- Byłabyś zazdrosna o kolejną dziewczynę na wydziale. Na razie jesteś jedyną, która pracuje jako główny detektyw. Prawda? - zaśmiał się Koreańczyk, za co dostał w łeb od swojej partnerki. Ta nie kryła cienia uśmiechu.
- Zamknij się i zanieś te akta. Ja idę po kawę, tobie tez przyniosę.
- Dobrze, pani Włodarczyk.
Na odchodne usłyszała śmiech przyjaciela. Pokręciła głową i zniknęła za drzwiami.

*~~*~~*

Witam. Szybko napisałam rozdział w trzy dni! Oglądam Białe Kołnierzyki, serial kryminalny z Mattem Bomerem i tak jakoś mnie zainspirował. Dostałam wenę, więc nie marnując jej, publikuje tę część, a kolejną już pisze. Pozdrawiam! 
PS. Miło by było zobaczyć komentarze i wasze opinie. Zwłaszcza, że dużo osób zagląda, a nie potrafi napisać nawet opinii. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Zaklęci w czasie - 13 - Fałszywy śmiech


Księżyc wznosił się wysoko na niebie, rzucając srebrzystą poświatę na korony drzew. Liście jednak skutecznie zasłaniały ziemiste podłoże i blokowały dopływ jasnego światła do zgromadzonych wokół dużego ogniska grupy niewolników. Była ich zaledwie połowa. Druga grupa, zawędrowała w góry, by od drugiej strony zaatakować Rzym. Cała akcja została skrupulatnie zaplanowana przez Spartakusa z drobnymi poprawkami Andrewa. Jakby na to krzywo nie spoglądać, on jednak spędzał najwięcej czasu z intelektualnym geniuszem - Georgiem.
Część ludzi gladiatora postanowiła ćwiczyć kolejne kroki walki, a w tej grupce zagrzała swoje miejsce Frieda. Kobieta, mimo wcześniej niechęci, złamała się i zaczęła solidną, żmudną pracę nad swoimi umiejętnościami posługiwania się mieczem. Balerinki zamieniła na bardziej praktyczne buty, uszyte z niedźwiedziej skóry. Wykazała się dużą kreatywnością i zdolnością manualnej umiejętności, tworząc z sukienki podkoszulek i parę spodenek, solidnie przepasanych grubymi nićmi.
"Kto by się spodziewał, że nauki babci chorej na schizofrenie, jednak przydadzą się w tak posranej sytuacji" - odparła wtedy, uśmiechając się pierwszy raz szczerze. I to Jenny, siedząca aktualnie pod drzewem i obserwująca wszystkich dookoła, zdołała zarejestrować. W jakiś sposób zrozumiała, że to co się wydarzyło... Nie było bez przyczyny. Może to właśnie była szansa, by wszystko zmienić? Zjednoczyć? Wolała swoich myśli nie wypowiadać ostatecznie na głos. Andy stracił swojego ukochanego, a taka gadka mogłaby tylko wywołać niepotrzebne konflikty. Znając Rose i jej spontaniczność, również nie podejrzewała, że ta by przyznała jej racje. Kto w tak poronionej sytuacji uwierzyłby w brednie o przeznaczeniu? To nie gra komputerowa, tutaj naprawdę ważą się losy ich przyjaciół. Parker parsknęła śmiechem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Dlaczego to w wszystko musiało zostać tak perfekcyjnie skomplikowane?
- Cześć, cukiereczku - przywitała się Saxa, tym samym przerywając wewnętrzny monolog Jenny. Ta uniosła głowę do góry, napotykając figlarny uśmiech ze strony drugiej kobiety.
- Hej - odparła cicho, nie potrafiąc się wysilić na głośniejszą tonację. Wojowniczka przytaknęła i rozejrzała się wokół siebie, lokalizując położenie Biersacka. Ten rozmawiał z Agronem, widocznie czymś poruszony. Usiadła przed blondynką i uniosła jej podbródek do góry, by oczy dziewczyny były zwrócone na jej osobę.
- Co cię trapi? Wiesz, że mi możesz zaufać - szepnęła, łapiąc za prawą dłoń nastolatki i położyła sobie ją nad piersią, tam, gdzie teoretycznie blisko powinno znajdować się serce.
- Wiem. Ale widzisz... Ja i ty, to dwa różne światy. Dosłownie. Nie wychowałam się w waszych czasach, nigdy nie widziałam takiego świata i... historie, które tutaj przeżyłam, czytałam na lekcji historii - oczy Jenny i Saxy skrzyżowały się wzajemnie, nie potrafiąc przerwać łączności. Chwila, mimo dnia, pory i czasu, okazała się jedną z wspanialszych. Gwiazdy na niebie mrugały, a szum wiatru omijał je skrupulatnie, jakby wtajemniczony w niecny plan.
- Nie wiem, skąd pochodzisz i... Nie nadążam z tym, co czasem do mnie mówisz. Niektóre słowa, jakich używasz zdają się pochodzić z innego państwa, a wasze ubranie i zachowanie jest takie odrębne od naszego, ale... Ale jestem pewna, że przez to jesteś wyjątkowa. Niemalże w każdym calu doskonała. Odrębna. Jesteś moją Jenny - powiedziała z szeptem Saxa, nim nie złączyła ich ust w jedność. Dłonie delikatnie przesunięte w górę, dotknęły małych piersi dziewczyny, wywołując u niej drżenie.
- Saxo... - w jednej chwili pragnęła wszystko powiedzieć, wyjawiając prawdę. Później sobie przypomniała, że nie może. Przeniesienie się w czasie jest niemożliwym do pojęcia przez tych ludzi. To wszystko jest jak fikcja, wymyślona i narysowana przez kogoś z góry.- Jesteś wszystkim czego pragnę - odpowiedziała w ostateczności, ponownie zatapiając się w gorącym pocałunku. Przylgnęła ciałem do drugiego, idealnie wyczuwając spore wypuklenie na klatce piersiowej. Mężczyźni dysponowali innym pakunkiem, kobiety innym. Jednak natura potrafi być łaskawa dla obu płci. Popchnęła kobietę na plecy, siadając na jej biodrach okrakiem. Pierwszy raz dotykała kobiecego ciała, badając jego strukturę. Delikatne, szczupłe, wyraźnie miękkie. Inne, niż męskie. I dobrze. Oddała się rozkoszy całowania, nie zwracając uwagi na nic dookoła. A powinna.
- Ekhem, panie wybaczą... Ale tam jest namiot - męski głos przerwał ich namiętne pieszczoty, zmuszając to spojrzenia w bok.
- Gannicus... Dawno ode mnie nie odstałeś, nie uważasz? - zapytała sceptycznie Saxa, uśmiechając się przy tym cwanie. Śmiech gladiatora rozniósł się po lesie.
- Faktycznie, stokrotko. Ale teraz mówię to w sposób bezinteresowny. Bo widzisz... Wy kobiety, jesteście piękne. A mężczyźni z chęcią na was popatrzą. Oraz bogowie - dodał, robiąc jednoznaczny ruch dłonią. Jenny prychnęła, schodząc z potencjalnej partnerki, a ta wstała, pokazując środkowy palec niewolnikowi.
- Pieprz się, Gannicus. Urżnę ci kiedyś jaja - zagroziła, pomagając wstać Parker z ziemi. Po jej słowach wszyscy gladiatorzy wybuchnęli chóralnym śmiechem.
- Na twoim miejscu bym jej posłuchał!
- Zamknij japę, Bricitus. Nasze gołąbki nas żegnają - powiedział dosadnie blondyn i puszczając im oczko, oddalił się w stronę postawnego mężczyzny, do którego skierował pierwszą część wypowiedzi.
- Chodź do namiotu, Tam dokończymy - odparła Saxa i pocałowała Jenny w czoło, w następnej chwili ciągnąc za dłoń do schronienia. Parker czuła, że ta noc będzie dla niej niezapomniana.


...Oby stanął czas...
...Zegar przestał bić...
...Zanim słowo...
...Tak okrutne...
...Zerwie życia nić...

*~~*~~*

Obudziły go promienie słoneczne, wpadające do pokoju przez niedosunięte zasłony oraz cichy szum pomieszany z pluskaniem. Z początku sądził, że śni mu się uporczywy dźwięk, jednak zmienił zdanie, gdy już zaczynało go to doprowadzać do szału. Przetarł dłonią zaspane oczy i uniósł się spokojnie do pozycji siedzącej. Uważnie rozejrzał się wokół, namierzając źródło hałasu. Zamrugał zaskoczony, uświadamiając sobie kolejną sprawę. Nie jest u siebie. Ha, u siebie, to za dużo powiedziane. Nie jest tam, gdzie Gajusz sobie upodobał dla niego więzienie. Duże łoże na środku pomieszczenia z zasłonami po bokach zapierało dech w piersi. Pluskanie wydobywało się z małego wodospadziku, który wpadał do obszernej wanny. Wanny? Raczej tak nie można nazwać starożytnych kąpielisk.
- Wygląda jak jacuzzi - mruknął sam do siebie, chcąc odrobinę ulżyć swoim nerwom. Naprawdę trafił do domu kupca? Nie przypuszczał, że aż tyle zarabiali. Chociaż jakby tak przekalkulować ostatnią rozmowę z Cezarem... To zapłacił za niego złotymi aureusami, co zapewne jest majątkiem w tym społeczeństwie. Spokojnie przesunął się po aksamitnej pościeli, a spostrzegłszy, że jest nagi, otulił się szczelnie kołdrą.
- Nie musisz się obawiać - głos dochodzący z drugiego końca pokoju, ocucił Andreja, który zwrócił głowę w stronę mężczyzny. Przystojnego, warto napomknąć. Nie zwrócił na to uwagi wczorajszej nocy. Bardziej skupiał się na przyjemności. Tak... Przeżył orgazm, poczuł rozkosz... Nie tego się spodziewał, przekraczając próg tego domostwa.
- Nie boję się, a czuje niezręcznie. Jestem nagi, nigdzie nie widzę swoich ubrań i potrzebuje prysznica - odparł, a widząc zmarszczone brwi ze strony czarnowłosego kupca, natychmiast się zreflektował.- Chodzi mi o umycie ciała. Po wczorajszej nocy - wyjaśnił, a nieznajomy pokiwał głową w geście zrozumienia.
- Woda już jest przygotowana. Służki ci pomogą - przekazał, a do komnaty weszła czwórka kobiet, odzianych w pięknie zdobione szaty. Otulił się szczelniej kołdrą i odchrząknął zakłopotany.
- Sam. Nie chce... Służących. Mam swoje dłonie - nie miał w planach odpuszczać. Czy w tych czasach nie potrafili sobie nawet dupy samemu umyć?! To już zahacza o niedostateczne umiejętności samodzielnego funkcjonowania.
Na szczęście i dumę Andreja, kupiec nie nalegał i nie podważał jego słów. Wyprosił kobiety z pomieszczenia i podszedł do Pejica, nie spuszczając z niego wzroku. Blondyn nie bardzo orientował się w sytuacji, ale nie zamierzał w jakikolwiek sposób negować zachowania nieznajomego. Bądź co bądź, teraz należał... Do wyżej elity społecznej. A słów Gajusza dotyczących szacunku... Nie zamierzał lekceważyć. Zwłaszcza po tym, co mu zrobił.
- Dziękuję - szepnął i przełknął ślinę, która od kilku dobrych minut zalegała mu w ustach. Poprawił swoje roztrzepane włosy, a założenie jednego z kosmyków za ucho, zdało się graniczyć z cudem, gdy delikatne palce należące do kupca musnęły jego twarz.
- Jesteś piękny, Andreju. Twoje ciało jest jak idealna rzeźba, a osobowość niebywale barwna. Nie kryguj się śliczny, widziałem cię już nago - sposób mówienia nieznajomego przyprawił Amerykanina o drżenie i delikatne rumieńce na policzkach. Jeszcze nigdy nie spotkał się z tak obfitą definicją piękna, skierowaną do jego osoby. Słyszał wiele pochwał, podrywów i komplementów... Ale inteligencja Rzymianina przebijała wszystkich o co najmniej dwie trzecie ciała. Słownictwo posiadał bogate, a lekkość w wypowiadaniu zdań... Zadziwiała. Po zmianach przeżytych przez 2088 latach... Dwudziesty pierwszy wiek powinien wstydzić się swoją banalną i prostacką formą życia. W tych czasach naciskali na naukę, a w teraźniejszości jest na odwrót. Młodzież ma w głębokim poważaniu rozwijanie swoich zainteresowań i umiejętności. Zatrważające jest jednak to, że mimo tak dużego nacisku na naukę w starożytności... Bawiło tych ludzi cierpienie innej istoty ludzkiej. Poniżanie i znęcanie było w tych czasach na porządku dziennym i nikt nie śmiał sprzeciwić się komuś z wyższego urzędowania, bo wiedzieli, że mogą stracić życie. Uśmiercanie przychodziło im z dziecinną łatwością, nie potrafiąc zrozumieć definicji "wolność", "swoboda i "nietykalność cielesna". Każda epoka ma swoje wady, ale... Która przeważa i jest w czołówce?
- Dziękuję jeszcze raz. Nie poznałem twojego imienia - przypomniał Andrej, uśmiechając się delikatnie. Podniósł się z łóżka i kierując się słowami kupca, odłożył kołdrę na prześcieradło.
- Wybacz. Nie znalazłem wczoraj chwili, by ci je wyjawić - szepnął mężczyzna, sunąc swoimi dłońmi po nagim ciele Pejica. Zachwycało go swoją strukturą, tak miękką i jedwabną. Siniaki widoczne na skórze niszczyły efekt, ale nie było ich wiele.- Moje imię to Mettius - przedstawił się brunet i chwycił w swoje palce dłoń Andreja.- Czy zgodzisz mi sobie towarzyszyć w kąpieli?
- Oczywiście, Mettiusie.

...Zmieni płomień w lód...
...Skałę zetrze w piach...
...Złamie wszystkich...
...Każdą siłę... 
...Nagle zmieni w strach...


*~~*~~*

- Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego - cichy, urywany oddech, pomieszany z pięcioma słowami, wmieszał się w panujący na zewnątrz hałas. Gladiatorzy, mimo późnej pory, urządzili sobie tańce przy ogniu, chcąc oddać ostatnią wspólną zabawę ku czci Apollo. 
- Nigdy? - głowa Saxy wyłoniła się z ciemnej czeluści koca, zawisając ciałem nad Jenny. Figlarny uśmiech błądził po malinowych ustach, a policzki zaróżowiły się od nadmiaru emocji i wyższej temperatury. Dłonie oparła po bokach głowy Parker, zaczynając uważnie spoglądać w błękitne zwierciadło tęczówek.
- Nigdy - zaśmiała się szczerze, oplatając nogami pas Saxy. Nie żałowała decyzji o pierwszym razie. Ciągnęło ją do starszej kobiety i nie potrafiła oprzeć się pokusie, jaka zaistniała... Godzinę temu? Dwie? Straciła rachubę czasu w momencie, gdy poddała się rozkosznym uniesieniom z wojowniczką. Nie przypuszczała, że ma na tyle silną wolę i chęć przekonania swojej psychiki, że nagość nie jest zawstydzająca... Aby w tak banalny sposób wylądować w łóżku. O ile prowizoryczny namiot wyściełany dwoma kocami, można nazwać łóżkiem.
- To cieszę się, że ja ci pokazałam tajniki kobiecości - szepnęła, sunąc opuszkami palców w dół ciała nastolatki. Wędrówka zakończyła się w połowie drogi. Uniemożliwiły ją uda Jenny, które niczym imadło, zacisnęły się na potencjalnym intruzie.
- Nie ma tak łatwo. Pora spać, bo rano czeka nas męcząca podróż - wibrujący szept rozbrzmiał koło ucha Saxy, a drobniejsze ciało przylgnęło do gladiatorki.
- Jesteś okrutna - rozbawiony ton i mokry pocałunek pozostawiony na drugich, sąsiadujących wargach, świadczył o odwrotnej idei.
- Wiem, Saxo. Wiem.
Jenny nie zagłębiała się w rejony o których nie chciała myśleć. Nie rozważała swoich decyzji, które w rezultacie mogą okazać się najpiękniejszym błędem i najgorszą prawdą. Chciała żyć chwilą i brać ze swojego położenia wszystko co najlepsze. 
Carpie diem, chwytaj dzień. 
Tak właśnie żyć pragnęła Jenny. A to, że jej serce zaczyna poznawać tajniki miłości, to nic. Przecież... Co złego może być w obdarowaniu uczuciem kobiety, która żyła w 73 r p.n.e?
Wszystko

...Tak bardzo pragniesz mieć to...
...Czego posiąść nie możesz...
...Wierząc skrycie, że los...
...Ci w tym jednak dopomoże...

*~~*~~*

- Gajusz Juliusz Cezar wzywany przed oblicze władcy Rzymu, cesarza pobliskich wiosek i jedynego prawowitego króla, Marka Licyniusza Krassusa.
- Co się dzieje?
- Oh, nie kryguj się Andreju, to nic poważnego.
- Twój ton nie jest przyjemny.
- Po prostu... Teraz zrozumiesz, co miałem na myśli mówiąc, że trafisz na gorszych.
Drżenie ciała.
Fałszywy śmiech odbijający się od ścian.
Prawdziwy niepokój rodzący się w sercu.
A usta nie potrafiące wymówić...
...Pomocy...

...Nienasycony jest głód... 
...Który karmisz rozrzutnie...
...Niewysłowiony cud...
...Gdy rośnie dziko...
...RZEOKRUTNIE...


C.D.N

*~~*~~*

Umm... witam! Po miesiącu... W końcu coś wyskrobałam. Wybaczcie, ale natłok obowiązków... Przytłacza mnie i moją wenę. Szkoła, nauka, pewne problemy... Wszystko się nawarstwiło, jednak... Mam nadzieję, że sytuacja się u mnie poprawi.
Pozdrawiam! ~